Następnego dnia wędrowaliśmy po gorącej ziemi południowych rejonów bajkolandii. Konik skakał łagodnie i biegał radośnie mimo, że dźwigał nas wszystkich na swoim grzbiecie nie narzekał. Przytulając się do jego szyi czuliśmy się bezpieczni. Gdy słońce świeciło mocno, w samo południe spotkaliśmy przyjaciela konika. 
- Cześć Smoku Telesforze! Dzień dobry smoku Teodorze! - Konik z daleka zawołał do napotkanego smoka i jego małego synka, który uczył się latać na grzbiecie taty. - Jak się masz? -
- Cześć Koniku! Dobrze, ale trochę gardło mnie boli. Nie mogę zionąć ogniem od kilku dni. - 


- Mam dla Ciebie aspirynę, powinna ci pomóc. - Konik wyciągnął z kieszeni pudełko z lekarstwem i podał szklankę wody przyjacielowi. Mały Teodorek próbował w tym czasie swoich sił w samodzielnym lataniu. Biegł szybko, najszybciej jak potrafił, machał z skrzydłami z całych sił i na kilka metrów udawało mu się unieść nad ziemię.  Każdy drobny sukces ogłaszał wysokim piskiem radości. Po każdym udanym oderwaniu się od ziemi Teodorek miał znów większą ochotę na kolejne ćwiczenia, aż w końcu zmęczył się bardzo i położył się pomiędzy skrzydłami swojego taty i szybko zasnął.
- Dziękuję ci Koniku, zawsze można na ciebie liczyć, cieszę się, że nas odwiedziłeś ze swoimi znajomymi - A my staliśmy z boku przyglądając się zjawiskowemu smokowi i wysiłkom małego smoka Teodorka.